1

Nie wiem, co skłoniło mnie do powrotu tutaj. Kosztowało mnie to nie lada gimnastykę z loginem i hasłem w tle, bo któż by pamiętał jakiego adresu i hasła użyłam, żeby tutaj przychodzić. Ostatni wpis – 13 września 2013 roku. Nie znajdę dla siebie usprawiedliwienia za formę wpisów. Za treść i owszem, choć też resztkami sił, bo to już nie powinny być czasy w stylu „fluorescent adolescent”. Przeglądnąwszy kilka losowych wpisów doszłam do często wypracowywanego obecnie wniosku, że warto oszczędzić sobie tego niewygodnego uczucia, jakim jest zakłopotanie. Mostów za sobą nie palę, ale że prowadzą do nikąd -  stare wpisy zostawiam po prostu nietknięte.

Dalej będzie naiwnie, dalej chaotycznie, dalej „składam się z części niespójnych…”.

Przekroczyłam 25. rok życia. Od 13 września 2013 roku przemierzyłam tysiące kilometrów, napisałam dziesiątki papierowych listów jak zwykle bez odpowiedzi, zmarzłam na Roztoczu, wypiłam morze wódki, wypaliłam kilka paczek papierosów, znienawidziłam gołębie i nadal nie polubiłam Krakowa. Zdarzyło się tyle rzeczy. Tyle razy rzuciłam mięsistym „kurwa”, tyle razy uwierzyłam, że w zasadzie powoli robi się stabilnie, parę razy przestałam wierzyć i raz myślałam, że świat na moment zwolnił, ale w zasadzie to „slow motion” było efektem, być może – taką mam nadzieję – zwyczajnej pomyłki. Takie culpa in contrahendo - tylko w życiowym wydaniu. Może na chwilę ucichł, ale – jak mawia główna bohaterka mojego ulubionego serialu – „karuzela nigdy nie przestaje się kręcić”.

A jednak. Czasem może.

Tak naprawdę czas zwolnił dopiero wtedy, kiedy uświadomiłam sobie, jak ciężkie są kości będące niemalże jedynym składnikiem ludzkiego ciała, że ciężka choroba to stan faktycznie nieodwracalny i często nagły, kiedy zauważyłam, że babcia przełożyła obrączkę z serdecznego na środkowy palec, a wieńce przysypał śnieg.
Pożegnałam paru znajomych. Nigdy jednak nie widziałam pożegnania po 56 latach wspólnego życia. To bardzo uderzające. Milion pytań. Czy jestem w stanie zmierzyć się z czymś takim kiedyś, za parę-naście-dziesiąt lat, czy to w gruncie rzeczy dobrze, bo przecież wcześniej było ileś-naście-dziesiąt wspólnych lat, czy może lepiej sobie oszczędzić, czy się dożyje takiego wieku, czy się doczeka takiej sytuacji, czy 56 wspólnych lat w ogóle ma sens, czy nie lepiej, czy jakby, jak to, ale może; spierdalaj, gonitwo myśli.

 

Potem zostają okulary, rower, wino porzeczkowe na działce, wykopane cebulki tulipanów i pęk kluczy. Wpatruję się w migający kursor i nic więcej nie potrafię napisać, bo to nie jest tylko śmierć Dziadka, te cholerne „buty i telefon głuchy”, „kiedy się stanę długim przedmiotem raczej smutnym”, czy też „czy świat umrze trochę” i tak dalej i tak dalej… tylko to wszystko, co ktoś przeżył i zostawia dwa metry pod ziemią. Ten żyjący drugi człowiek. Co człowiekowi zostaje? Czy w ogóle da się zostawić życie pod ziemią, pomyślałam. Co za paradoks i gra słów, gdyby żył Barańczak (o ironio), napisałby o tym piękny, lingwistyczny wiersz (a, nie, przecież napisał, poza tym „czy ktokolwiek powiedział ci, że wolno się przyzwyczajać/że cokolwiek jest na zawsze?”), potem myślę, że „tego się nie robi nawet kotu”, ale znowu obracam się w kręgu martwych poetów, którzy też coś tam zostawili pod ziemią.

No właśnie.

Mam 25 lat i nie wiem, jak się takie rzeczy robi.